A.
Szalast, E. Hartwich
SZYBSZY
NIŻ WIATR
Był
sobie raz chłopiec. Normalny, nieduży dziesięcioletni. Miał na imię Antoni.
Antoni był biedny. Bardzo biedny. Nie miał przyjaciół, mama dużo pracowała.
Taty nie miał. Ale widział, że gdzieś tam w szerokim świecie on sobie żył. W
pewien weekend Antoni wyjechał do swojej kuzynki. Była jedynym dzieckiem, z
którym się bawił. Miała na imię Kalina. Gdy dojechali, przywitała ich:
-Hej!
Cześć Antoni! Cześć Ciociu! Antoni chcesz pojechać ze mną dziś na konie?
-Pewnie-
odpowiedział, ale tak naprawdę nie chciał. Mimo to pojechał.
-To
mój ulubiony koń. Ma na imię Kasi. – powiedziała, pokazując na gniadą klacz.
-A
ten? - To Wicher. Chcesz ze mną wyjechać w teren na Kasi?
-Na
Kasi? Nie. A mogę na Wichrze?
-Ha,
ha, ha… Na Wichrze? Co ty?! Zrzuci Cię w pięć sekund! - Antoni czuł, że Wicher
by go nie zrzucił. Kalina osiodłała Kasi i pojechała na ujeżdżalnię, na lekcje
skoków. Antoni zamiast oglądać, został w stajni. Wicher zarżał.
-Mam
przyjść? - Antoni szeptał do ogiera.
Nagle
wszedł właściciel stajni.
-Co
tu robisz, chłopcze? - spytał się.
-Oglądam
konie.
-Chodź.
Oprowadzę cię – Antoni poszedł.
-To
jest Perła. A to Bajadera - tłumaczył.
-A
to jest… To jest… Wicher… Niestety niedługo… Musi iść na rzeź.
-Co?
- Antoni był załamany.
-Jest,
agresywny. Nie mamy wyjścia. Chłopiec, płacząc, wybiegł ze stajni.
-Antoni!
Co się stało? - Kalina od razu się zmartwiła.
-Wicher
ma iść na rzeź! - krzyczał Antoni.
-Ale
Antoni… To agresywny koń. Pan Adam, właściciel, zrobił wszystko, co mógł. Nagle
usłyszeli niski głos:
-Dalej!
Dalej! - A potem głos uderzającego bata.
-Co
się tam dzieje? - Kalina się przejęła.
-Nie
wiem sprawdźmy-odpowiedział Antoni. Potem usłyszeli głos pana Adama:
-Panie
Pawle, nie oto chodzi u nas w pracy.
-Ten
koń i tak idzie na rzeź.
-Ma
mieć dobre życie. - Potem podszedł niespodziewanie Antoni.
-Mogę?
– spytał, po czym zabrał nieznajomej osobie uwiąz. Nagle Wicher złagodniał.
Schował się za Antonim.
-Spokojnie…
Ciii… - Antoni uspokajał ogiera, a on poszedł za nim na padok. Pan Adam stał
jak wryty w ziemię.
-A,
A, Antoni… - w tym czasie Kalina rozsiodłała Kasi i chciała jechać do domu.
-Chodź,
Antoni, jedziemy do domu.
-Jedź,
ja będę później - odpowiedział. Kalina pojechała i wszyscy jedli obiad.
Podszedł do ogrodzenia.
-Wicher!
- zawołał- chodź koniku! - Wicher
pokłusował do chłopca.
-Spróbujemy
dziś pojeździć? – spytał, a koń zarżał. Antoni założył mu ogłowie
bezwędzidłowe. Wszedł na płot, a potem na grzbiet ogiera.
-Wio
koniku! - krzyknął Antoni, a Wicher pogalopował w przód. Antoni nie miał ochoty
się zatrzymać. Był zły na cały świat. Czuł, że Wicher ma takie same przeczucia
i też nie miał zamiaru się zatrzymać. Galopowali i galopowali, aż w końcu
zatrzymali się na pięknym miejscu przy jeziorze. W stajni już się martwili, a
Kalina przyjechała z mamą Antoniego, by odpowiedzieć na pytania ludzi:
-Czy
mówił Ci o swoich planach?
-Lubił
konie?
-Miał
z nimi duże kontakty?
Weszli
do stajni, wołając chłopca. Nagle Kalina zauważyła małą karteczkę, na której
było napisane.
Bardzo
zasmuciła mnie wiadomość, że Wicher pójdzie na rzeź. To było jak cios w serce.
Nie wrócę dopóki tego nie odwołacie!!!
PS.
WICHER
NIE JEST GROŹNY!!!!! Antoni
-O
nie! - Mama Antoniego się zmartwiła.
-Spokojnie.
Odwołamy rzeź i wróci, ale Antoni nie powracał. Miał jeden dzień, dwa, trzy…
Po
nocach Antoni kładł głowę na leżącym Wichrze, który go ogrzewał. W końcu
postanowił wrócić.
-Wicher,
musimy. Wszyscy się pewnie martwią. A rzeź na pewno odwołali.- mówił do konia. I
wrócił…
-Antoni!
- mama się bardzo ucieszyła.
-Gdzie
byłeś! - Kalina się raczej dziwiła.
-Antoni
- Pan Adam mówił smutnym głosem - Wicher Cię kocha, to widać. Ale… Ale
naprawdę, nie wystarczy tylko to, że będzie Ciebie kochał. Musi kochać więcej
ludzi… - dokończył.
-A
poza tym - odezwała się mama - to nie twój koń. Pan Adam decyduje o jego losie.
-Ale…
- Antoni chciał zaprzeczyć, ale stwierdził, że i tak nie ma sensu. Pan Adam był
człowiekiem, który, jak sobie coś postanowił, to tak będzie.
Pan
Adam chciał porozmawiać z mamą Antoniego, więc zaprosił ją na herbatę, a
Antoniemu kazała pójść do pokoju z obrazami. Chłopiec przyglądał się obrazą, na
których był namalowane konie. Na bardziej podobał mu się obraz z koniem
podobnym do Wichra. Przyglądając się temu obrazowi, zauważył czarny sznurek
wystający za obrazem.
Ciąg
dalszy nastąpi...
Dawno, dawno temu żył sobie pewien król o imieniu Władysław. Miał on dwóch synów, a żony już nie miał, bowiem zmarła nagle. Mieszkali oni w małym miasteczku o nazwie Wrocki Małe. Król o imieniu Władysław miał tez wroga, który uważał się za króla tego miasteczka, a jego córka miała wyjść za mąż za jednego z synów Władysława. Pewnego pięknego dnia jeden z synów Władysława zmienił zdanie w kwestii małżeństwa, za co wróg Władysława miał zamiar ściąć mu głowę. Władysław był za to tak wściekły, że wpadł mu do głowy pomysł nie do wykonania. Oczywiście jego wróg przyjął wyzwanie, bo nie chciał być tchórzem. Wyzwanie było następujące:
- Przynieś mi kawałek złotego miecza z grobu znanego rycerza.
To zadanie było niewykonalne, ponieważ nie istniał taki rycerze, a "niby" król był zbyt głupi, aby o tym wiedzieć. Słowa Władysława o niewykonalności zadania sprawdziły się, ale on sam zginął za swojego syna, bo ścięto mu głowę. Ludzie uznawali go za człowieka dobrego, mężnego i mądrego, a z jego pieniędzy zbudowali miasto o nazwie Wrocław, który zastąpił Wrocki Małe. I tak oto Wrocki Małe zmieniły się na Wrocław.
Amelka Łupinka, klasa 4c
************************************************
Tym razem pióro literackie oddajemy klasie 4 c. Uczniowie borykali się z zadaniem domowym, które polegało na napisaniu legendy związanej z miejscem zamieszkania. Legenda - jako gatunek literacki - nie sprawiła naszym pisarzom większych trudności. W każdym niemal tekście fantastyka miesza się z ziarnem prawdy. Jak można inaczej napisać legendę o powstaniu Wrocławia? Zobaczcie sami!
Ola
Bonecka, klasa 4 c
Legenda
o królu, Wrocku i Ławie
Dawno,
dawno temu żył sobie pewien król. Założył on osadę nad rzeką Odrą. Był bardzo
bogaty. Pewnego dnia, gdy zszedł do skarbca, by przeliczyć swoje pieniądze,
okazało się, że połowa z nich zniknęła. Bardzo się zmartwił i natychmiast kazał
ogłosić zaginięcie połowy skarbu. Wyznaczył też nagrodę pieniężną dla tego, kto
ujmie złodziei. Nikt się nie zgłaszał. Pewnego dnia, gdy król był pewien, że
nie odzyska skarbu, zgłosił się do niego detektyw Wrocek ze swoim psem Ławą.
Zamiast nagrody pieniężnej chciał, żeby osadę nazwano na jego cześć. Rozglądał
się on wiele dni, ale nie miał żadnego tropu. Wtedy wpadł na pomysł, że zastawi
pułapkę na złodziei. Opowiedział królowi swój sprytny plan. Polegał on na tym,
aby zwabić złodziei do skarbca, a potem wyśledzić ich kryjówkę. Król zgodził się
na ten plan. W nocy Wrocek i jego pies zaczaili się przy skarbcu, czekając na
złodziei. Czekali tak dwie godziny, aż tu nagle usłyszeli kroki. Okazało się,
że to król lunatykując wynosi swoje skarby. Dzięki detektywowi udało się
odzyskać wszystkie skarby, a król - zgodnie z obietnicą - nazwał osadę na
jego cześć Wrocławiem.
Martyna Kluba, klasa 4c
***
Dawno, dawno temu na wyspie, którą otaczała rzeka Odra, znajdowała się wioska skrzatów. Żyli sobie tam spokojnie i dostatnio. Pewnego dnia sielanka skrzatów skończyła się, ponieważ ich wioskę zaatakowało stado wielkich wilków. Skrzaty dzielnie broniły swojej wyspy przez siedem dni i siedem nocy. Już miały się poddać, gdy w okolice przybył książę Wrocek ze swoimi rycerzami. Gdy władca zobaczył zmęczone skrzaty, postanowił im pomóc. Otoczył odpoczywające na polu wilki i stoczył z nimi zwycięską walkę. Na jego cześć skrzaty nazwały wioskę Wrocławiem, a miejsce pokonania wilków - Psim Polem.
Ola Wawrzewska, klasa 4c
Legenda o Wrocławiu
Dawno, dawno temu żył sobie pewien król o imieniu Władysław. Miał on dwóch synów, a żony już nie miał, bowiem zmarła nagle. Mieszkali oni w małym miasteczku o nazwie Wrocki Małe. Król o imieniu Władysław miał tez wroga, który uważał się za króla tego miasteczka, a jego córka miała wyjść za mąż za jednego z synów Władysława. Pewnego pięknego dnia jeden z synów Władysława zmienił zdanie w kwestii małżeństwa, za co wróg Władysława miał zamiar ściąć mu głowę. Władysław był za to tak wściekły, że wpadł mu do głowy pomysł nie do wykonania. Oczywiście jego wróg przyjął wyzwanie, bo nie chciał być tchórzem. Wyzwanie było następujące:
- Przynieś mi kawałek złotego miecza z grobu znanego rycerza.
To zadanie było niewykonalne, ponieważ nie istniał taki rycerze, a "niby" król był zbyt głupi, aby o tym wiedzieć. Słowa Władysława o niewykonalności zadania sprawdziły się, ale on sam zginął za swojego syna, bo ścięto mu głowę. Ludzie uznawali go za człowieka dobrego, mężnego i mądrego, a z jego pieniędzy zbudowali miasto o nazwie Wrocław, który zastąpił Wrocki Małe. I tak oto Wrocki Małe zmieniły się na Wrocław.
Amelka Łupinka, klasa 4c
***
Dawno, dawno temu książę Wracisław zwaśniony ze swoim ojcem postanowił, że opuści rodzinne miasto i pojedzie szukać nowego miejsca na gród. Wyruszył sam, zabrał jedynie młodego wierzchowca. Gdy tak jechał, zauważył biały dom w środku dzikiej puszczy pełnej zwierzyny oraz rzekę pełną ryb. Kiedy podjechał do małego okna, zobaczył piękną, młodą dziewczynę o imieniu Weronika. Od razu zakochał się w niej. Wiedział, że przed zaręczynami z dziewczyną jeden z rodziców musiał wyrazić zgodę na ślub. Więc młody książę zszedł z konia i zapukał do drzwi. Otworzyła mu matka Weroniki i zdziwiona powiedziała:
- Któż taki zapukał do moich drzwi?
- Jestem książę Wracisław i odkąd ujrzałem twoją córkę, to się w niej zakochałem. Powiedz tylko, pani, jak ma na imię i pozwól mi wziąć ją za żonę, wtedy obdaruję cię złotem i kamieniami.
- Klejnotów i złota nie przyjmę i zanim oddam ci moją Weronikę za żonę, muszę wiedzieć, czy oddaję ją w dobre ręce. Wiedz, że jestem wdową, a moja córka to jedyna osoba, którą darzę miłością.
- Mów więc, pani, co mam uczynić, żeby tego dowieść.
- Porzuć szlacheckie tytuły u zapracuj na wesele pracą własnych rąk. Ten, kto porzuca przywileje o chce pracować uczciwie, jest godzien poślubić moją córkę.
- Dobrze. Obiecuję ci, pani, że za miesiąc wrócę z pieniędzmi.
Jak powiedział, tak zrobił. Pracował ciężko u kowala i sprzedał swego konia. Po miesiącu wrócił do domu Weroniki i znów zapukał do drzwi. Jak wcześniej, otworzyła mu matka.
- Widzę, że ciężko pracowałeś. Dotrzymałeś umowy i Weronikę za żonę mogę ci oddać, ale załóż tu swój gród i zaproś na wesele ojca.
- Pani, oczywiście, że gród mój powstanie tu i że ojca zaproszę.
Wtedy matka Weroniki zawołała ją. Weronika okazała się też zakochana w księciu. Niedługo potem odbył się ślub, a książę na weselu pogodził się z ojcem i danej obietnicy dotrzymał. Następnie z małego grodu powstało miasto, a na cześć pracowitego władcy miasto zostało nazwane Wrocławiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz